|
Marie jest bezrobotna, zajmuje się domem i dwójką dzieci. Nie potrafi odnaleźć sensu swojego życia. Cierpi na głęboką depresję, nie bierze jednak leków, które przepisał jej lekarz. W tym marazmie żyje do dnia, gdy pewien Kosowian pomaga jej naprawić samochód. By mu podziękować, przychodzi do namiotu rozstawionego w mieście, w których wydawane są posiłki dla imigrantów. Francja jest dla nich miejscem tymczasowego pobytu, pragną oni przedostać się do Anglii. Marie angażuje się w pomoc tym ludziom. Poświęca cały swój czas i energię. Oddaje także ubrania i pieniądze. Zaniedbuje przy tym swoją rodzinę i obowiązki domowe. W dodatku społeczeństwo nie rozumie jej nowego zajęcia. Mąż traci pracę, a dzieci są nieakceptowane przez rówieśników i często cierpią z powodu dokuczania w szkole. Syn bohaterki między innymi słyszy od kolegów, że jego matka sypia z uchodźcami. Jednak nawet to nie powstrzymuje bohaterki od pomocy biednym. Nie potrafi wrócić do swojego poprzedniego życia. Mąż próbuje odciągnąć ją od nowego zajęcia, gdyż pragnie przywrócić szczęście rodziny, jednak jego działania nie przynoszą oczekiwanego efektu. Marie uzmysławia sobie swoją bezradność wobec systemu państwa i obojętności społeczeństwa. Jej choroba pogłębia się, a mąż pragnie pomóc żonie. Jednak okazuje się, że nie wszystko jest takie proste…
"A l’abri de rien" jest to niebanalna historia, która porusza wiele ważnych zagadnień społecznych. Między innymi dotyka problemu uchodźców we współczesnej Francji i pokazuje obojętność społeczeństwa na ich krzywdy. Nie jest to jednak książka, która ślepo zachęca do pomocy innym. Pokazuje także drugą stronę medalu, uświadamia, że nie należy się zatracić w rzeczywistości. Pomimo tego, że idea pomocy innym to bardzo szlachetny cel, nie powinno się zaniedbywać swoich bliskich. Czasami należy zacząć od naprawy własnego życia, by móc naprawdę wesprzeć potrzebujących. Ponadto autor powieści wspaniale przenika w umysł płci przeciwnej. Przedstawia obraz kobiety bezrobotnej, która popada w rutynę, co prowadzi ją do choroby psychicznej. Być może odsłania wizerunek społeczeństwa, w którym trzeba popaść w depresję, by zauważyć i walczyć z nieszczęściem innych ludzi.
Karina Osiecka, Uniwersytet Wrocławski Jedna książka, jedna bohaterka, dwie historie - czyli "A l'abri de rien" Oliviera Adama. Historia kobiety z mężem, dwójką dzieci, bez pracy; historia jej szarej, nudnej egzystencji gdzieś we Francji. Wydaje się, że dla głównej bohaterki równie dobrze mogłaby to być Polska, Hiszpania, czy Kamerun. Dla niej i tak jest to życie pośrodku niczego. Pewnego dnia zdarza się mały cud. Kobieta odnajduje sens życia w pomaganiu bezdomnym imigrantom, którzy przybyli do Francji, uciekając z piekła, jakie zgotowano im w ich ojczyźnie: Afganistanie, Iraku, Iranie, Sudanie etc. mieli nadzieję znaleźć lepsze warunki bytowania, a znaleźli życie na ulicy i nieczułość większości społeczeństwa, obojętność na cudze problemy. Prawie nikogo nie obchodzi ich los... Z wyjątkiem grupki osób, które uważają, że każdej istocie ludzkiej należy się godne traktowanie. Jedną z nich staje się z czasem nasza bohaterka.
Brzmi pięknie, prawda? Niczym muzyka van Beethovena. Niestety, gdy z jednego głośnika słyszymy "Sonatę Księżycową", w drugim zaczyna rozbrzmiewać Symfonia Jowiszowa Mozarta. Oddzielnie oba utwory są wspaniałe, razem tworzą kakofonię nie do zniesienia. Tak też dzieje się w powieści Adama – równolegle z pierwszym wątkiem prowadzony jest drugi – choroby psychicznej kobiety. Zaniedbuje ona dom, męża, dzieci. Przez nią mąż traci pracę, dzieci stają się obiektem szyderstw w szkole, ona sama zaczyna ogałacać dom ze wszystkich cennych rzeczy, aby móc nadal pomagać uchodźcom.
Obie historie nijak do siebie nie pasują. Jedna psuje wrażenie, jakie robi druga. Mogłoby to być świetne studium choroby, ale co w takim razie robią tam uchodźcy? Mogłaby to być powieść o pomaganiu każdemu człowiekowi, ale co w takim razie zrobić z zaniedbywaną, wręcz porzuconą, rodziną? Gdyby były to dwie książki, każdej dałbym nagrodę Goncourtów bez chwili wahania. A tak, są to jedynie bardzo dobre pomysły, lecz wymieszane w bezmyślny sposób. Lech Wieczorek, Uniwersytet Wrocławski Książka, którą miałam okazję przeczytać, opowiada historię zagubionej, tak naprawdę samotnej kobiety. Główna bohaterka ma dom na przedmieściu, dwoje cudownych dzieci i małżeństwo, w którym miłość zaczęła przygasać, pod wpływem codzienności. Spędza całe dnie wyglądając przez okno, przyglądając się ludziom, których podejrzewa o równie nudne i schematyczne życie. Wspomina wciąż swoje dzieciństwo i siostrę, której śmierć opłakuje od wielu lat. Pewnego dnia, jadąc odebrać swego syna po lekcji tenisa ma wypadek - oślepiają ją światła ciężarówki, zjeżdża na pobocze i przebija oponę. Nie ma pojęcia, co zrobić. Pomaga jej nieznajomy, jeden z uchodźców, nazywanych we Francji "kosovars". Zanim odchodzi, Marie pyta go tylko o imię. Następnego dnia, sama nie wiedząc, czemu, zbliża się do ośrodka pomocy dla imigrantów. Odnajduje tam, w namiocie z żywnością dla uchodźców, Jallala - człowieka, który naprawił poprzedniego dnia jej samochód. W tym momencie dostrzega z całą jaskrawością fatalną sytuację emigrantów, na widok których odwracała kiedyś wzrok. Widzi jak są samotni, opuszczeni, widzi, że nikt się nimi nie przejmuje. Czuje pewną więź między nimi, a sobą - wciąż zagubioną i samotną po śmierci siostry. Po wielkim szoku przyłącza się do kobiet niosących im pomoc. W końcu czuje się potrzebna, zauważa, początkowo bardzo nieśmiałą, wdzięczność tych ludzi. Oddaje im wszystko - swój czas, swoje pieniądze, w końcu nawet ubrania swojego męża. Zaczyna zaniedbywać swoją rodzinę, zostawia dzieci u sąsiadek, zapomina o urodzinach swojej małej córeczki. Powoli, jej pragnienie niesienia pomocy i walki ze złem świata zmienia się w szaleństwo. Marie zaczyna się wystawiać na niebezpieczeństwa, ryzykować swoje życie, zapominając o wszystkim. Spędza cały czas z "kosovars" w domu Isabelle, kobiety poznanej w ośrodku pomocy. Ta sytuacja prowokuje kłótnie z coraz bardziej zdenerwowanym mężem, przeraża jej dzieci, które tracą poczucie bezpieczeństwa. Koniec historii jest bardzo smutny - z powodu śmierci jednego z uchodźców, któremu próbowała pomóc w ucieczce do Anglii, Marie przechodzi kryzys psychiczny i zostaje umieszczona w zakładzie zamkniętym. Temat tej książki jest bardzo na czasie - problem nielegalnych imigrantów jest trudnym do rozwiązania i dotyczy nie tylko Francji. Od czasu do czasu staje się źródłem dość brutalnych konfliktów. Książka wyczula nas na niego i pokazuje środowisko uchodźców bez stereotypów, które zwykliśmy w nim dostrzegać i bez popadania w banał. Pisarz pozwala nam samym oceniać, tylko opisując rzeczywistość. Autor ukazał główną bohaterkę z wielką precyzją, ale bardzo delikatnie i subtelnie. Chociaż jest mężczyzną, umiał bardzo dobrze oddać emocje, targające kobietą, nie nazywając ich - pozostawił nam możliwość odczytania uczuć ze słów czy gestów bohaterki. Marie z jego powieści żyje, jest człowiekiem, którego faktycznie możemy spotkać. Język książki nie jest skomplikowany, dość codzienny, odpowiedni do problemów, które utwór porusza. Pokazuje idealnie rozczarowanie, a potem szaleństwo Marie. Jedynym, co może razić, jest spora ilość wulgaryzmów. Patrząc na całość, książka jest dość niepokojąca i bardzo aktualna. Jest też absorbująca - spędziłam całą noc, czytając. To historia kobiety, ale nie tylko dla kobiet.
Anna Stachowicz, Uniwersytet Śląski
Rozmowa na temat "A l'abri de rien" w audycji EuroCOOL poświęconej nagrodzie Goncourt: |