TWÓRCZOŚĆ
SPOŁECZEŃSTWO
GEOGRAFIA
HISTORIA
JĘZYK

Subskrybuj nas przez RSS:


Czytaj również :
Logowanie
Je t'aime la France PDF Drukuj Email
Wpisał: Marcin Rudek   
19.08.2008.
fot. Marcin RudekWydaje mi się, że jestem frankofilem, choć nie lubię używać tego słowa. Pomimo że Słownik Języka Polskiego jasno definiuje jego znaczenie, mnie kojarzy się ono z człowiekiem cierpiącym na jakiś rodzaj zboczenia. Z drugiej strony, jedna ze znajomych powiedziała mi kiedyś, że można być "zboczonym pozytywnie", czyli szaleć na punkcie czegoś. W myśl tej definicji jakoś łatwiej przechodzi mi przez gardło słowo "frankofil".  Zboczony na punkcie Francji? Tak, to właśnie ja.

Za co możemy uwielbiać Francję? Jest tego wiele, myślę, że każdy kto kocha ten kraj, ma ku temu swój własny, wyjątkowy powód. Dla jednych może to być muzyka, dla innych sztuka, dla jeszcze innych kuchnia. Ja kocham Francję za całokształt, jakkolwiek banalnie by to nie zabrzmiało. Za to, że gdy tu przebywam, jest mi bardzo dobrze, wręcz sielankowo. Nie wiem co by się musiało stać, żeby zmieniło się moje nastawienie do tego kraju. Musiałoby to być coś strasznego, katastrofa, tragedia, która głęboko by mnie dotknęła i która zostałaby jednoznacznie sprowokowana przez jakiś czynnik frankofoński. Mam jednak nadzieję, że taka chwila nigdy nie nastąpi.

L’amour naissant

Nigdy nie miałem okazji rozmawiać z moimi znajomymi, o tym jak rozwijała się ich fascynacja tym niesamowitym krajem. W moim wypadku wszystko zaczęło się w liceum, a dokładnie pod koniec drugiej klasy. Byłem jednym z najgorszych uczniów z francuskiego. Szczerze nie cierpiałem wszystkiego co z Francją związane, a szczególnie języka ludzi w tym kraju żyjących. Poważnym ciosem był dla mnie fakt, że mistrzostwo świata w piłce nożnej zdobył kraj, z którego drużyny tylko jeden zawodnik posiadał nazwisko, które nie sprawiało mi problemów w wymowie. Znaczy się Barthez. Oczywiście z takim nastawieniem, nie miałem szans, na dobre wyniki z francuskiego, za to szanse miałem ogromne żeby tego przedmiotu nie zaliczyć, o czym w stosownym liście zostali poinformowani moi rodzice.

fot. Marcin RudekPonieważ braki w wiedzy miałem spore i nie było szans, żebym samodzielnie je nadrobił, rodzice zasugerowali mi poszukać sobie korepetytora. W ten sposób poznałem Panią A.C.  Początkowo cel moich korepetycji był jasny –  walka o zaliczenie przedmiotu i awans do kolejnej klasy LO.  Było to na miesiąc przed zakończeniem roku szkolnego, dlatego sytuacja zdawała się być poważna. A.C. po sprawdzeniu mojej wiedzy stwierdziła, że jest to możliwe do wykonania, przy odpowiednim wysiłku z mojej strony. Natychmiastowo wziąłem się do pracy. Raz w tygodniu otrzymywałem nową dawkę wiedzy, która była mi niezbędna do zaliczenia semestru, a wraz z tą wiedzą, czego nie byłem na początku świadomy, otrzymywałem również dawkę kultury frankofońskiej. Co mnie uderzyło w lekcjach A.C. - były one ciekawe. Zacząłem odkrywać, że Francja wcale nie jest nudnym krajem, wręcz przeciwnie, dzieje się tam mnóstwo interesujących rzeczy. Zacząłem uczyć się francuskiego nie na żarty. Szczęśliwie zaliczyłem semestr, jednak na tym nie poprzestałem. Uczyłem się w wakacje, dużo więcej niż musiałem , oczywiście z własnej woli. Pamiętam, że duże wrażenie zrobiła na mnie lekcja, podczas której dowiedziałem się, w ilu krajach na świecie można porozumieć się po francusku. Dla mnie – pasjonata geografii – było to coś niesamowitego. Świadomość, że na małych wysepkach rozrzuconych gdzieś po Pacyfiku, tubylcy też porozumiewają się po francusku, wywoływała u mnie gęsią skórkę. Zazdrościłem wtedy Francuzom, bardzo zazdrościłem…

Tak oto, w ciągu roku, z  klasowego outsidera stałem się jednym ze szkolnych liderów we francuskim. Odkryłem w życiu kolejną pasję – francophonie.

L’amour mûrissant

Kolejnym etapem w mojej fascynacji kulturą frankofońską były studia na Filologii romańskiej. Wybór kierunku był dla mnie oczywistym następstwem mojej pasji z liceum. Bez problemów dostałem się na dwie uczelnie. Po tym, jak dowiedziałem się, że jestem przyjęty na studia, uczciłem ten fakt kupując książkową wersję Petit Robert. Wtedy, jako że byłem niepracującym licealistą, był to dla mnie wydatek niebagatelny. 

Studia, z jednej strony mnie przerażały, gdyż nie byłem do końca pewien swoich zdolności językowych, a z drugiej ekscytował mnie fakt, że wszystkie zajęcia będą po francusku. Byłem szczęśliwy, bardzo lubiłem mówić w tym języku.

Tymczasem, to właśnie na studiach doświadczyłem mojego pierwszego frankofońskiego rozczarowania. Okazało się, że nie wszystko to, co z Francją związane musi być interesujące. Mało tego, odkryłem rzeczy, które pomimo, że bezpośrednio z Francją powiązane, były nudne, a czasem nawet irytujące. Przeżyłem swego rodzaju szok. Gdzieś w uszach brzmiały mi słowa A.C. , która stwierdziła podczas jednej z lekcji, że jeżeli interesuje mnie głównie pogłębianie znajomości języka, to Filologia romańska nie jest najlepszym ku temu miejscem. E tam – pomyślałem - przecież mnie interesuje wszystko, co z Francją związane - tak mi się wtedy wydawało…

Bo przecież Romanistyka to przede wszystkim filologia, a dopiero potem romańska. Filologia, czyli nauka o języku, studia tekstu, rozważania nad jego interpretacją, a dopiero potem nauka języka, jako takiego. Ciekawy jestem ilu studentów pierwszego roku Filologii romańskiej przeżywa podobne dylematy. Wśród moich znajomych było ich co najmniej kilku.

Na szczęście tylko część zajęć na Romanistyce wzbudzała moją niechęć. Postanowiłem przyjąć niezbyt ambitną postawę, mianowicie, uczyć się tylko tego, co mnie interesowało, a resztę, w miarę możliwości, zaliczać jak najmniejszym nakładem pracy. W ten sposób studiowałem na Romanistyce trzy lata.

Francuski ze studiów szybko przestał mi wystarczać. Kolejnym, naturalnym następstwem mojej pasji była chęć wyjazdu do Francji na dłużej. Chciałem zobaczyć na własne oczy wszystko to, o czym uczyłem się od tylu lat. Chciałem to poczuć, móc w tym uczestniczyć. Po drugim roku studiów udało mi się po raz pierwszy wyjechać do Francji. Spędziłem tam miesiąc jako wolontariusz w Lourdes. Pobyt ten utwierdził mnie w mniemaniu, że jestem frankofilem. Francja, którą zobaczyłem w Lourdes, wyglądała dokładnie tak, jak ją sobie  wyobrażałem.

L’amour mature

Po Romanistyce przyszedł czas na kolejne studia na kierunku Informatyka i ekonometria. Zainteresowania techniczne, a dokładnie elektroniczne, pojawiły się u mnie jeszcze w podstawówce. Pasja do Francji wcale nie stłumiła moich zainteresowań technicznych. Obie pasje doskonale koegzystowały w moim życiu, zupełnie sobie nie przeszkadzając. Różnica polegała na tym, że elektronice poświęcałem swój czas wolny, natomiast pasja do Francji stała się w pewnym momencie moim „zawodem”. Głowy sobie nie dam uciąć, ale byłem chyba jedynym w Polsce studentem Romanistyki, który potrafił samodzielnie zbudować i uruchomić nadajnik radiowy. Rzecz nie do wykonania dla połowy studentów z kierunku Elektronika na którejkolwiek politechnice.

Nowe studia zaczęły pochłaniać coraz więcej mojego czasu, jednak nigdy nie zapomniałem o swojej pasji do kultury francuskiej. Zauważyłem, że po dłuższej przerwie w kontakcie z językiem, zaczyna mi go brakować. Sięgałem wtedy do Internetu, odwiedzałem francuskie strony, słuchałem muzyki, oglądałem filmy w oryginale.

fot. Marcin RudekUdało mi się kilkakrotnie wyjechać do Francji jako tłumacz, jednak środowisko w jakim pracowałem kompletnie mi nie odpowiadało, dlatego zacząłem szukać innej pracy. Następne stanowisko, na jakim udało mi się zatrudnić nie wymagało ode mnie znajomości francuskiego, dlatego zacząłem przypominać sobie słowa ludzi, którzy mówili mi kiedyś, że po Romanistyce, w najlepszym wypadku można zostać nauczycielem. Na szczęście nie musiałem nad tymi słowami zbyt długo rozmyślać. Rok temu znalazłem pracę, w której korzystam z obydwu moich pasji, zarówno do języka jak i do techniki. Z tego co mi wiadomo, większość moich znajomych, z którymi studiowałem Filologię romańską również znalazła ciekawe posady, niekoniecznie jako nauczyciele.

Dzięki nowej pracy w końcu udało mi się wyjechać do Francji, na kilka miesięcy. Miałem okazję poczuć ten kraj na własnej skórze, najbliżej, jak to tylko możliwe, u źródła. Co ciekawe, za każdym razem gdy przyjeżdżam do Francji ogarnia mnie ten sam dreszczyk emocji, który poczułem, gdy po raz pierwszy wysiadłem z autobusu na placu Concorde. Gdy natomiast przychodzi mi opuszczać Francję, chciwie, jakby na zapas, pochłaniam ostatnie obrazy zza okna samolotu. Pomimo, że nie jestem już fanatycznie zakochany we wszystkim co francuskie, to jednak wciąż odczuwam do tego kraju ogromny sentyment. Sentyment do miejsc, do ludzi, do potraw, o których wiem , że będzie mi ich bardzo brakować, gdy już wrócę do Polski. Sentyment do chwil, choćby takich jak ta, gdy wczoraj rano, po pierwszym kęsie ciepłego jeszcze croissanta pomyślałem: "Kocham Cię Francjo, choćby nawet za tego jednego croissanta, kocham Cię…".

 

Ilustracje:
Autorem wszystkich opublikowanych w tym artykule zdjęć jest Marcin Rudek. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Marcin Rudek

 

 

 

PORTAL ISTNIEJE DZIĘKI:

Stowarzyszenie PONTIS

Copyright (C) 2006-2007 Stowarzyszenie PONTIS. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wykonanie serwisu: Grzegorz Gocel - egallo(at)pontis.org.pl, oprogramowanie: Joomla!