|
Tytułem są słowa piosenki Świetlików pt.: "Filandia", wciąż jeszcze dźwięczy mi ona w uszach, a przed oczami przesuwają się krajobrazy i szosa, szosa, szosa...
To była tzw. "objazdówka”, całe 5 dni w drodze, żeby zobaczyć jak najwięcej. Układając plan wycieczki myśleliśmy sobie, że wyspę wielkości województwa dolnośląskiego bez trudu zdołamy w tym czasie przejechać wzdłuż i wszerz. Jak bardzo się myliliśmy okazało się juz pierwszego dnia...
Korsyka od 1943 roku administracyjnie należy do Francji (po raz pierwszy włączona w 1789 r.), tworzą ją dwa departamenty: Corse du Sud i Haute Corse, ze stolicami w Ajaccio i Bastii. Językiem urzędowym jest francuski (a wg przewodnika tylko 27% ludności zna biegle korsykański*). Mówi się, że Korsykanie nigdy nie zaakceptowali zwierzchnictwa Francuzów, jednak w niejednym referendum większa część ludności opowiedziała się za przynależnością do Francji... Ludność liczy ok 260 tys. (dla porównania: stanowi to mniej niż połowę mieszkańców Wrocławia). Geograficznie można powiedzieć, że na wyspie występują wszystkie typy klimatu i krajobrazu śródziemnomorskiego, tak jakby Pan Bóg stwarzając świat rzucił na tą niedużą wysepkę wszystkiego po trochu :). Nie bez powodu jest ona nazywana (a właściwie jej północny cypel) Ile de Beaute - Wyspą Piękna, tak też nazwali ją Grecy w VI w. p.n.e.: "Kalliste”, co znaczy "piękna”. Na Korsyce możemy podziwiać przedziwne formacje skalne zdobiące linię brzegową, kamieniste i piaszczyste plaże, wioski rybackie i miasta portowe, a w głębi lądu skaliste góry ze strzelistymi szczytami, z których z dwóch stron można dostrzec linię brzegową, zielone doliny, błękitne jeziora, lasy, rozsiane wśród nich samotne górskie wioski. Jest nawet teren stepowo-pustynny, zwyczajowo zwany pustynią (Desert des Agriates). Czyli dla każdego coś dobrego - turystyczny raj! We wczesnych godzinach popołudniowych dotarliśmy promem do Bastii. Planowo mieliśmy przejechać wzdłuż zachodniego wybrzeża podziwiając piękne widoki i dotrzeć na camping w połowie drogi między Calvi a Porto (skąd niedaleko nam było na upatrzony szlak w góry) - w sumie jakieś 200 km. Nie było powodu do pośpiechu, po 4 godzinach spędzonych na promie każdy miałby ochotę na kąpiel, my mieliśmy ogromną, więc zatrzymaliśmy się na najbliższej plaży. Pierwsze wrażenie było niesamowite: pod wodą jest naprawdę co podziwiać! Szczególnie polecam wpływanie w ławice rybek - oczywiście dobrze mieć na nogach dobre płetwy (podkreślam DOBRE! I to najlepiej przywiezione z domu - nie nabierajcie się na tanie "Made in China”, które można wszędzie kupić trzy razy taniej niż w Polsce!). Linia brzegowa jest dość zróżnicowana na Korsyce i w zależności od plaży (czy jest się w zatoce, czy przy wyjściu na otwarte morze) wygląda ona inaczej. Niestety te na które trafiliśmy były w większości kamieniste, nawet skaliste - trzeba było bardzo uważać przy zejściu do wody, na skały i jeżowce. Jednak orzeźwiająca kąpiel i możliwość podziwiania przez maskę przeróżnych stworzonek rekompensowała wszelkie niedogodności, nawet obrzydliwie słoną wodę (dodam tylko, ze słona woda ma pewną zaletę - większą wyporność, czyli trudniej się utopić ;)).
Jak już wspomniałam niełatwo poruszać się po korsykańskich drogach i to wcale nie ze względu na ich stan (wręcz przeciwnie -takich dróg możemy Korsykanom tylko pozazdrościć), ale na ilość zakrętów i duże zmiany wysokości n.p.m. Już po godzinie jazdy w głąb lądu, z prędkością 50 km/h, kiedy co kawałek któryś z trzech naszych busów zatrzymywał się nagle i szybko otwierały się drzwi... wiedzieliśmy, że na umówiony nocleg tego dnia nie dojedziemy...(zatrzymaliśmy się na jakimś innym po drodze, wbrew pozorom nawet w szczycie sezonu zawsze znajdzie się jakieś miejsce na campingu bez wcześniejszej rezerwacji). Widoki wprawdzie zapierały dech w piersiach, ale chyba nikt z nas nie miał ochoty ich podziwiać, myśląc tylko kiedy skończy się ta karuzela! (nieopodal miejsca z którego ruszyliśmy później w góry jest zakręt o 180°, nie wiem do końca jak to możliwe, w każdym razie tak się nazywa...ja bym powiedziała, że co trzeci mógłby się tak nazywać...) Miejscowi są z pewnością przyzwyczajeni do takiej jazdy, turyści muszą się zaaklimatyzować. Na trzeci dzień mogliśmy już bez tak wielkich sensacji spokojnie podziwiać przepiękne widoki: ciekawe formacje skalne, rysujące się na tle lazurowej wody i błękitnego nieba. Gdzieniegdzie przy drodze pasła się kózka, świnka, krowa... Pierwszego dnia na wyspie chcieliśmy zobaczyć Porto, kilka wiosek górskich i Cargese, jednak ze względu na te drogowe utrudnienia pozostaliśmy tylko w Porto (polecam niedrogi camping miejski). Nie ma tam właściwie nic szczególnego, trudno znaleźć miejsce do zaparkowania, ale jest bardzo ładnie. Amatorów plażowania może rozczarować kamienista plaża, za to wieczorem, kiedy zapalają się latarnie, a bary, knajpy i restauracje zaczynają przyjemnie gwarzyć, można miło spędzić wieczór, skosztować kuchni regionalnej, albo po prostu napić się piwa. Następnego dnia ruszyliśmy w góry. Wybraliśmy jeden z odcinków słynnej trasy górskiej GR20 (żeby przejść cały szlak potrzeba dwóch tygodni). Z parkingu nieopodal Col de Vergio szlak wiedzie do schroniska Ciottulu di Mori, po drodze mija się bacówkę Gradule, gdzie można zakupić Brocciu - miejscowy ser owczy, można wejść na najbliższy szczyt Paglia Orba (2525 m.n.p.m.) lub dojść tylko do schroniska i wrócić tą samą drogą. Trasa na cały dzień, piękna, męcząca i niezapomniana. Na parkingu powitała nas ogromna statua Chrystusa bez twarzy, z tablicą, na której wyryte słowa z ewangelii: "Tenitevi caru. Comme je vous aimes, aimez - vous aussi les uns les autres.” Tam zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy do bacówki. Trzeba było wyjść w góry wcześnie, żeby uniknąć największego południowego skwaru. Nam się nie udało, na szczęście nasze ścieżki co jakiś czas przecinał strumyk dający orzeźwienie. Mieliśmy okazję podziwiać ogromne trzechsetletnie sosny w parku krajobrazowym i brzozy o dziwacznie powyginanych pniach. Ze zwierząt, nie licząc jaszczurek, widzieliśmy tylko stado kóz przy bacówce i przy schronisku jakieś ptaki - nie wiemy do tej pory jakie. Przypominały dzikie wrony... i czaiły się na nasze kanapki. Orła przedniego lub kanie, które tam występują udało nam się tylko usłyszeć. Nie mieliśmy też na tyle szczęścia by natrafić na muflona - gatunek objęty ochroną, a to pewnie dlatego, że byliśmy dość liczną grupą i chcąc nie chcąc robiliśmy dużo hałasu. Na szlaku spotykaliśmy głównie Włochów, nie pozdrawiali nas - widocznie nie mają tego w zwyczaju, jednak odpowiadali na nasze pozdrowienia, z angielska "Hello!”.
Schronisko okazało się prywatną chatą, zamieszkałą przez dwóch górali, którzy żyją z turystów. Są bardzo gościnni. Jako że z całej grupy tylko ja mówiłam po francusku, zaprosili mnie do stołu, poczęstowali tym co mieli (łącznie ze wszystkimi trunkami...) i kazali sobie opowiadać o Polsce. Coś tam wiedzieli o Walezie ;) i byli wszystkiego ciekawi. Gdy już wyczerpaliśmy temat polityki i gospodarki, ostrożnie spytałam jak to u nich jest z tą partyzantką... Ciąg dalszy reportażu o Korsyce - już za miesiąc.
   Porto
 plaża i wieża widokowa w Porto
     Chrystus bez twarzy
  schronisko Ciottulu di Mori
Ilustracje: | | Autorem wszystkich opublikowanych w tym artykule zdjęć jest Anna Kobyłecka. Wszelkie prawa zastrzeżone. |
 |