TWÓRCZOŚĆ
SPOŁECZEŃSTWO
GEOGRAFIA
HISTORIA
JĘZYK

Subskrybuj nas przez RSS:


Logowanie
Już nigdy nie będzie takiego lata... cz. 2 PDF Drukuj Email
Wpisał: Anna Kobyłecka   
20.10.2008.
fot. Ania SiemieniecJak to właściwie jest z tą Waszą partyzantką? - spytałam - Bo w przewodnikach piszą, że można jeszcze spotkać grupy członków różnych formacji o dążeniach separatystycznych, których działalność polega na rozprowadzaniu propagandowych ulotek wśród turystów... Góral odpowiedział, że jak najbardziej są i działają PARTYZANCI! - jego entuzjazm wskazywał na to, że prawdopodobnie sam jest jednym z nich. Ściszając głos dodał, że teraz to mają Chiny po swojej stronie... że kiedy w sprawie Tybetu Sarkozy wydał oficjalne oświadczenie, że Francja popiera Tybetańczyków przeciwko Chinom, władze chińskie zripostowały, że oni w takim razie są za niezależnością Korsyki. Drugi góral powiedział coś po korsykańsku do mojego rozmówcy, czym go uciszył i na tym skończyła się rozmowa. Nie dowiedziałam się wiele więcej ponad to, co można przeczytać w przewodniku.

Ślady pierwszego osadnictwa na wyspie pochodzą z VII tysiąclecia. p.n.e. Pierwotni mieszkańcy dotarli na Korsykę z okolic Genui przez Ligurię, następnie Elbę. Jest wiele dowodów, że ich życie było spokojne, wolne od najazdów aż do II w .p.n.e., kiedy to mieli przybyć Torréens  i zacząć wznosić budowle warowne. Od tego czasu wyspa stała się obiektem ciągłych walk i najazdów, toczono o nią spory, a burzliwe dzieje odcisnęły na niej swoje piętno.

W VI w. Pojawili się Grecy, którzy przynieśli na Korsykę sadzonki oliwki, winogron i zboża. W znacznym stopniu rozwinęli też handel. Po nich Rzymianie przynieśli chrześcijaństwo. Po upadku zachodniego cesarstwa, wyspę pustoszyły najazdy Wandalów i innych plemion, aż w IX w. najechali ją Saraceni i okupowali przez ponad 200 lat. Z okresu walki z Maurami pochodzi obraz głowy Maura owiniętej białą chustą, jako symbol zwycięskiej walki z Saracenami.  Stała się  ona oficjalnym symbolem Korsyki w 1762 roku. Ucięta głowa oznacza zwycięstwo nad najeźdźcą,  a chusta na czole czarnego niewolnika ma przypominać o latach niewoli.

Korsyka przez następne stulecia znajdowała się pod zwierzchnictwem Pizy i Genui, w XVI w. przeszła na krótko w ręce Francji. Francuzi pomogli Korsykanom wyprzeć Genueńczyków, a potem, naturalnym biegiem rzeczy, wcielili wyspę do Francji...ale tylko na 2 lata, potem ją oddali z powrotem  Genueńczykom.  To pod ich panowaniem wyspa przeżyła swój  "złoty wiek". Był to okres względnego pokoju, stabilizacji, rozkwitu architektury i sztuki. Jednak wyspa była cały czas eksploatowana i  pragnienie wyzwolenia oraz nienawiść do najeźdźców narastały przez stulecia.

W XVIII wieku zaczęły wybuchać zbrojne powstania, Korsykanie zyskiwali pomoc z zewnątrz, jednak nie udało im się wyzwolić całkowicie spod obcego panowania. Z tych krwawych czasów pozostała pamięć o tragicznych bohaterach, takich jak król-awanturnik Teodor I, Giampietro Gaffori i Pasquale Paoli.  Ten ostatni zrobił dla Korsykanów najwięcej. Gdy ogłoszono go przywódcą powstania, najwięcej czasu poświęcił nie na kwestie militarne, ale na wprowadzenie ładu w społeczeństwie. Lud Korsyki był bardzo skłócony wewnętrznie, brakowało demokratycznego systemu rządów, a jedynym powszechnie panującym prawem było prawo zemsty rodowej. Korsykanie żyli w chaosie. Paoli wprowadził kodeks prawny (jeszcze przed Rewolucją Francuską) i położył podwaliny pod korsykańską administrację. Zadbał też o edukację, budując szkoły i uniwersytet w Corte. Wprowadził też pobór do wojska i regularną służbę wojskową. Nie na wiele jednak zdały się jego wysiłki i choć w tamtym czasie, jak pisze Ferdinand Gregorovius, "Korsyka była najbardziej humanitarnym ze wszystkich państw", została sprzedana. Genueńczycy dobili targu z Ludwikiem XV, który raz na zawsze rozprawił się z pragnącymi wyzwolenia Korsykanami. Co prawda nie poddali się oni łatwo, walczyły nawet kobiety, jednak najeźdźcy okazali się skuteczniejsi, Paoli zbiegł do Anglii, gdzie zmarł, a o wyzwoleniu na jakiś czas zapomniano...

Nowe szanse na uzyskanie gospodarczej i politycznej autonomii pojawiły się po II Wojnie Światowej, kiedy Francja utraciła swoje kolonie. Na kontynencie zawiązał się studencki ruch Union Corse pour l'Avenir (Korsykańska Unia dla Przyszłości), która potem przekształciła się w lewicowe ugrupowanie Union Nationale des Etudiants Corses (Narodowa Unia Studentów Korsykańskich). Celem jego dążeń było utworzenie niezależnego uniwersytetu korsykańskiego. W krótkim czasie zaczęły zawiązywać się inne ruchy i organizacje, które doprowadziły do utworzenia korsykańskiego zgromadzenia narodowego. Formalnie podlega ono rządowi Francji, jednak posiada własną inicjatywę ustawodawczą i wykonawczą. Ruchy nacjonalistyczne w ostatnich dziesięcioleciach narastały falami, a akcje protestacyjne i ataki w odwecie pojawiały się za każdym razem, kiedy rząd francuski odrzucał postulaty Korsykanów o przyznanie im autonomii. Głośna afera ekologiczna (skażenie wód przybrzeżnych silnie toksycznymi odpadami przemysłowymi) i plany budowy na wyspie bazy do przeprowadzania podziemnych prób jądrowych zaostrzyły sytuację. Konflikt sięgnął zenitu gdy na jaw wyszła afera winna: hodowcy winorośli osiedleni na wschodnim wybrzeżu (Algierczycy urodzeni we Francji) stosowali zakazaną praktykę dodawania cukru do wina. Członkowie grupy ARC (Azzione per la Rinascita Corsa) zajęli winnicę, chcąc przeprowadzić w niej konferencję prasową. Wtedy wkroczyło francuskie wojsko, zginęło kilka osób a ruch został zdelegalizowany. Przez Korsykę przetoczyła się fala ataków terrorystycznych, inicjowanych głównie przez Narodowy Front Wyzwolenia Korsyki (Front de Liberation Nationale de la Corse). Front podzielił się później na dwie frakcje: skrajnych nacjonalistów i umiarkowanych autonomistów. Chociaż ci drudzy potępiali użycie przemocy, między tzw. nurtem historycznym a nurtem autentycznym dochodziło do krwawych konfliktów i bratobójczej walki. Kiedy w lutym 1998 roku został zamordowany prefekt Claude Erignac, wybuchło powszechne oburzenie, zamach potępili przedstawiciele obu frakcji, odcinając się od niezidentyfikowanych zabójców.

fot. Ania SiemieniecNa Korsyce do dziś działa kilkanaście ugrupowań nacjonalistycznych i formacji paramilitarnych. Zamachy i afery, które wybuchały w ciągu ostatniej dekady pokazują, że tak do końca nie wiadomo kto broni czyich interesów (jedno jest pewne: właśnie o interesy, nie o dobro narodu chodzi...). Ci, którzy dążą do uzyskania autonomicznego statusu wyspy ścierają się z ugrupowaniami skrajnie nacjonalistycznymi, które są infiltrowane przez organizacje przestępcze. Kiedy ma dojść do wprowadzenia rozwiązań gwarantujących zwiększenie autonomii, kolejny prefekt zostaje oskarżony o konszachty z siatką przestępczą.  Na wyspie nadal szerzy się przemoc i korupcja, a politycy francuscy twierdzą, że dla Korsyki nie da się już nic więcej zrobić.  W przeddzień wizyty  Nicolasa Sarkoziego (jako ministra spraw zagranicznych) w 2007 roku doszło do serii zamachów na budynki administracji publicznej.

Jestem ciekawa o jakiej partyzantce mówił Góral. W obecnej sytuacji ci, którzy dążą do rzeczywistej poprawy sytuacji, do utworzenia niezależnego państwa, mają związane ręce. Korsyka w tak dużym stopniu jest uzależniona gospodarczo od Francji, że nawet gdyby udało się ją odłączyć, nie utrzymałaby własnej gospodarki. Młodzi masowo wyjeżdżają do Francji i Włoch, w poszukiwaniu pracy i lepszego życia, a starsi, rdzenni mieszkańcy (głównie rolnicy i hodowcy) muszą zmagać się z konkurencyjnymi producentami zagranicznymi . Z drugiej strony dla pewnych kręgów odłączenie wyspy byłoby wysoce nieopłacalne, a kto, z kim i o co walczy?...o to lepiej nie pytać! Jedno jest pewne: narodową dumę Korsykanów należy szanować, dobrze też zapewnić o tym gospodarzy. Tak też zrobiłam. Pokiwałam tylko głową ze zrozumieniem (że niby ich rozumiem i popieram) i podziękowałam za gościnę.

Pokrzepieni odpoczynkiem w schronisku i chyba jeszcze bardziej przepięknymi widokami     (kto był na Orlej Perci i wie jak widok stromych zboczy zapiera dech w piersiach, niech sobie wyobrazi dwa razy większe i bardziej strome góry),  ruszyliśmy w drogę powrotną. Było bardzo gorąco, parno, jednak upał przyjemnie chłodziły nam strumyki, które przecinały szlaki gdzieniegdzie. Były nawet miejsca, gdzie strumyk przechodził w wodospad i całkiem spore oczko wodne. Wśród nas znaleźli się śmiałkowie, którzy odważyli się skakać ze skalnych półek do lodowatej wody, kiedy pozostali moczyli nogi. Gdy żegnaliśmy piękne góry, w sercach zaczynało kiełkować nieśmiałe postanowienie: "Kiedyś tu wrócimy!".

Po górach znów przyszedł czas na plażowanie. Plaża, którą wybraliśmy w okolicy Ajaccio nie była tak atrakcyjna, jak wcześniejsze, woda mętna i niewiele dało się zobaczyć przez maskę, ale za to były inne niespodzianki. Razem z turystami plażowały... krowy. Chodziły sobie spokojnie między ręcznikami, coś tam podskubując i wygrzewając się na słońcu.

Następnego dnia obraliśmy kurs na południe - do miasta, którego nie wypada nie odwiedzić przybywając na Korsykę - Bonifacio. Przepięknie położone na południowym krańcu wyspy, wzniesione na wapiennych klifach. Widok jest niesamowity: na wznoszących się wysoko ponad wodą skalnych ścianach stoi miasto i wygląda tak,  jakby miało za chwilę runąć do wody. Nie można tego zaobserwować z lądu.  Z portu w Bonifacio wypływają statki wycieczkowe. My także mieliśmy okazję przepłynąć się takim. Nie musieliśmy długo szukać, na turystów tylko czekają "naganiacze", czyli panowie, których zadaniem jest przyprowadzić wystarczającą ilość chętnych, tak, żeby kapitanowi opłacało się zrobić kurs. Takie stateczki z nagonki mają o połowę niższe ceny niż kompanie komercyjne.(Przy okazji warto wiedzieć o pewniej ciekawej, niepisanej zasadzie: gdy "naganiaczowi" uda się namówić jakąś grupkę na rejs, osoba, z którą pertraktował płynie za darmo. W ten sposób, przyprowadzając kilku klientów, można załapać się na darmową wycieczkę:)))) W planie wycieczki, przy odpowiednich warunkach atmosferycznych jest przewidziane wpłynięcie do jaskini. My niestety nie mieliśmy takiej okazji - fale były za duże, za to wybujało nas za wszystkie czasy na tej "łajbie", co tak naprawdę samo w sobie stanowiło atrakcję.

Była to już nasza ostatnia atrakcja podczas tego wyjazdu (nie licząc promu, który spóźnił się 4 godziny...). Napatrzyliśmy się na widoki niczym ze zdjęć z National Geographic, i tylko upewniliśmy w przeświadczeniu, że to tylko przedsmak tego, co możemy jeszcze zobaczyć, jeśli uda nam się znowu wybrać na Korsykę. Z wielkim uczuciem niedosytu zjedliśmy jeszcze kolację ostatniego wieczoru na wyspie. Trudno obsłużyć grupę 30 osób jednego wieczoru w małej, przydrożnej restauracji, udało nam się coś tam jednak wynegocjować (nawet w przystępnej cenie). Właściciel najpierw niechętnie, ale potem zgodził się uraczyć nas pieczenią i frytkami. Nie była to niestety kuchnia tradycyjna, ale przynajmniej skosztowaliśmy dobrego, korsykańskiego wina, pachnącego ziołami z makii. To wino było chyba jedynym elementem, który (oprócz przynależności administracyjnej i letnich rezydencji Francuzów) zdaje się łączyć Korsykę z Francją... No, może jeszcze Napoleon Bonaparte, w końcu urodził się w Ajaccio. Swoje rodzinne miasto uczynił stolicą jednego z francuskich departamentów. Jego cześć głoszą pomniki i muzea. Ale co on takiego zrobił dla swojej ojczystej ziemi...?

fot. Ania Siemieniec
Tête de Maure (Głowa Maura)

 

fot. Ania Siemieniec

 Góral ze schroniska

 

fot. Ania Siemieniec

 

fot. Ania Siemieniec

 

fot. Krysia Pietrukiewicz

 

fot. Ania Siemieniec

 

fot. Ania Siemieniec

 Klify w Bonifacio

fot. Ania Siemieniec

 

fot. Ania Siemieniec

 "My", czyli grupa studentów z Duszpasterstwa Akademickiego Antoni

 

Ilustracje:
Autorem opublikowanych w tym artykule zdjęć są Anna Siemieniec i Krystyna Pietrukewicz. Wszelkie prawa zastrzeżone.

 Anna Kobyłecka

 

PORTAL ISTNIEJE DZIĘKI:

Stowarzyszenie PONTIS

Copyright (C) 2006-2007 Stowarzyszenie PONTIS. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wykonanie serwisu: Grzegorz Gocel - egallo(at)pontis.org.pl, oprogramowanie: Joomla!