TWÓRCZOŚĆ
SPOŁECZEŃSTWO
GEOGRAFIA
HISTORIA
JĘZYK

Subskrybuj nas przez RSS:


Logowanie
Kino Jeana-Pierre'a Jeuneta PDF Drukuj Email
Wpisał: Marek Misiak   
16.09.2007.
"Amelia"Nazwisko Jeana-Pierre’a Jeuneta może większości czytelników nic nie mówić. Z pewnością jednak każdy kojarzy słynną "Amelię" - film kultowy w Europie i w USA. Miłośnicy nastrojowego kina mogli też przynajmniej słyszeć o "Mieście zaginionych dzieci". W przeciwieństwie do mającego status człowieka-instytucji Luca Bessona, Jeunet nie widzi powodu, by się przepracowywać. Mimo prawie 55 lat wyreżyserował zaledwie pięć pełnometrażowych filmów fabularnych, z czego cztery we Francji. Jego wcześniejsze filmy cechuje operowanie turpizmem i makabrą. Dopiero począwszy od "Amelii" stał się twórcą naprawdę cenionym.

Początki w krótkim metrażu

Zanim w 1991 roku zadebiutował w kinach filmem "Delicatessen", już od 1978 roku realizował filmy animowane i krótkometrażówki, a dla zarobku - awangardowe teledyski i reklamy. Był i pozostał samoukiem - uczył się na planie filmowym, metodą prób i błędów przenosząc na ekran swoje wizje. Trzykrotnie nagradzano go Cezarem (francuski odpowiednik Oscara): w 1980 roku za krótkometrażówkę "Le Manege", w 1984 roku za pięciominutową animację "Nie ma wytchnienia dla Billy'ego Brakko" ("Pas de repos pour Billy Brakko") i w 1989 roku za, również animowane, "Głupstwa" ("Foutaises"). W tym ostatnim obrazie głosem znakomitego aktora Dominique'a Pinon Jeunet opowiada, co lubi, a czego nie lubi w swoim życiu. Pozornie banalne, jego upodobania opisują go jednak jako człowieka. Odwołuje się do wspomnień z dzieciństwa (zapach grzanek rano, kleju do obkładania książek w szkole) poprzez dorosłe życie (obgryzanie rogów herbatników, naciąganie długich skarpet). Nawiązuje tez do kanonów kulturowych Francji (kino realizmu poetyckiego, ilustracje w encyklopedii Laroussa oraz komiksy) i do prostych przyjemności Paryżanina (mijające pociągi na stacji, Lasek Buloński w cieple dni, Wieża Eiffla o północy). Podobnie skonstruowanych jest kilka scen w dużo późniejszej "Amelii", gdzie charakterystyka bohaterów oparta jest głownie na rzeczach, które lubią i których nie lubią.

"Delicatessen" - surrealistyczny koszmar

"Delicatessen"Wyrobiwszy sobie w ten sposób pewną pozycję w świecie francuskiego kina, Jeunet zdecydował się na debiut w pełnym metrażu. Zrealizował go wraz ze swoim długoletnim przyjacielem i współpracownikiem, Markiem Caro. "Delicatessen" (1991) to kino przypominające koszmarny sen połączony z wesołym miasteczkiem - mroczne, makabryczne, a jednocześnie w perwersyjny sposób zabawne. Kamienica na peryferiach wielkiego miasta, w jakiejś nieodległej przyszłości, w świecie trawionym morderczymi wojnami. Zamieszkują ją niezwykle barwne postacie (Pan Potin hoduje w piwnicznej sadzawce hordy ślimaków i żab, które z namaszczeniem potem zajada). Na parterze znajdują się tytułowe Delikatesy, a w nich potężny Rzeźnik Clapet, serwujący skazanym na kartkowy system żywnościowy mieszkańcom, swe świeże wyroby z... ludzkiego mięsa. Pewnego dnia zdezelowaną taksówką przyjeżdża szukający pracy Louison - clown, człowiek cyrku, którego Rzeźnik rządzący kamienicą zatrudnia tymczasowo jako dozorcę, rezerwując jego ciało na czarną godzinę. Kanibalizm kwitnie przy milczącej akceptacji całej mikrospołeczności, ale niebawem zakwita także prawdziwa miłość. W Louisonie zakochuje się blondwłosa Julie, córka Rzeźnika - rozmarzona wiolonczelistka. Pod ziemią, w kanałach ściekowych królują Troglodyci - zdeklarowani jarosze prowadzący wojskową operację przeciw Rzeźnikowi. Po kolektywnym zamordowaniu i sprzedaniu babci Clapet atakuje Louisona, który wzywa na pomoc komando Troglodytów... Film nakręcono za stosunkowo niewielkie pieniądze, ale na tym właśnie polega jego siła. Akcja rozgrywa się przez większość czasu w niesamowitej kamienicy, co kreuje klaustrofobiczną atmosferę. Tonacja barwna to ostra żółć i czerwień - kolory kojarzące się z ludzką krwią i wnętrznościami (już tu z Jeunetem współpracował Darius Khondji, późniejszy twórca zdjęć do "Miasta zaginionych dzieci", "Obcego: Przebudzenie", "Siedem" i "Dziewiątych wrót"). Brzydota jest tu wszechobecna - rzeźnik przypomina starożytnego potwora ukrytego w swojej jaskini, groteskowe są nawet postaci pozytywne - nimfomanka Julie ma, łagodnie mówiąc, fatalny gust do ubrań (a i wzorem urody nie jest), Louison grany przez Dominique Pinona to chyba najbrzydszy amant filmowy lat dziewięćdziesiątych. Film ma ukazywać w groteskowy sposób relacje między ludźmi we współczesnym społeczeństwie, gdzie narasta wrogość i żądza wykorzystania sąsiada do własnych celów (tu ukazana w skrajnej formie jako kanibalizm). Zarazem obraz ma w sobie coś z klimatu mrocznych baśni braci Grimm czy popularnych opowieści o słynnych zbrodniarzach, (np. Sinobrodym), przedstawianych w podrzędnych teatrzykach. Na pomysł filmu Jean-Pierre Jeunet wpadł w 1988 roku, podczas pobytu w Ameryce, kiedy to mieszkał w jednym z tamtejszych hoteli. Po powrocie stwierdził, iż podawane tam jedzenie było na tyle złe, że smakowało jak prawdziwe ludzkie mięso. Postać rzeźnika-kanibala zaś wymyślił w czasie, gdy mieszkał naprzeciw sklepu mięsnego. Codziennie o siódmej rano słyszał metaliczny dźwięk ostrzonych noży i odgłos zażynania. Jego dziewczyna stwierdziła, że to rzeźnik kroi właśnie swoich sąsiadów i wróci po innych w przyszłym tygodniu. Jednym słowem - samo życie.

Opowieść o szukaniu człowieczeństwa

"Miasto zaginionych dzieci"O ile "Delicatessen" zostało na we Francji i na świecie docenione (cztery Cezary - za najlepszy debiut, scenariusz, montaż i scenografię), o tyle kolejny film Jeuneta, zrealizowane w koprodukcji francusko-niemiecko-hiszpańskiej "Miasto zaginionych dzieci" ("La cité des enfants perdus", 1995) wzbudzał już skrajnie różne opinie. Jedni uważają ten obraz za wspaniałą, mroczną baśń o ludzkich uczuciach, inni - za przykład sugestywnej wizji niewypełnionej żadną sensowną treścią. Na platformie pośrodku morza, otoczonej starym polem minowym, mieszka nieszczęśliwy człowiek: starzeje się szybko, ponieważ potrafi spać, ale nie potrafi śnić. Dręczony przez samotność, postanawia stworzyć sobie rodzinę. Jednak nie wszystko idzie zgodnie z planem. Żona okazuje się karłem, młodsi synowie swoimi klonami, a starszy syn człowiekiem nieszczęśliwym z powodu braku marzeń sennych. Chcąc za wszelką cenę przeżyć piękny sen, porywa małe dzieci i podłącza je do maszyny kradnącej marzenia. Jednak na poszukiwania jednego z porwanych wyrusza jego przybrany brat - siłacz One wraz ze swoją małą przyjaciółką… "Miasto zaginionych dzieci" to kino wizyjne w czystej postaci. Najważniejsza jest tu scenografia - ciągnące się w nieskończoność labirynty platformy, surrealistyczne kształty budynków w portowym mieście, nienaturalnie duże miny otaczające platformę. Wszystko jest tu sztuczne - film w całości nakręcono w studiu, nawet zielono-czarna tonacja barwna jest efektem komputerowej obróbki obrazu. Jednak sugestywność wizji nie przesłania (wbrew temu, co twierdzą niektórzy krytycy) fabularnej treści historii - próby przełamania samotności za wszelką cenę. Długotrwałe odosobnienie sprawiło, że stary naukowiec nie potrafi już przeżywać emocji. Chciałby przeżyć cokolwiek, co wyzwoliłoby go z wszechogarniającego chłodu. To dzieci mogą mu pomóc - przeżywają wszystko spontanicznie, bez zastanawiania się. Jeunet pokazuje, czego brakuje wielu współczesnym ludziom - nadmiar powagi i czysto intelektualnej refleksji sprawił, że mają wrażenie, że nie potrafią już kochać. Ale tak samo, jak staremu naukowcowi uda się wreszcie znów nauczyć się śmiać i płakać, tak samo innym też może się udać.

"Miasto zaginionych dzieci" zrobiło tak duże wrażenie na producentach amerykańskich, że Jeuneta zaproszono do USA do realizacji czwartej części sagi o Obcym – "Obcego: Przebudzenie" ("Alien: Resurrection", 1997). Film odniósł spory sukces kasowy, zarzucano mu jednak wtórność fabularną, nadmierną brutalność i poleganie wyłącznie na nastrojowej scenografii, muzyce i zdjęciach przy braku sensownej fabuły. Ceniono natomiast kreacje aktorskie Sigourney Weaver i Winony Ryder. W drugoplanowej roli poruszającego się na wózku inwalidzkim najemnika Vriessa wystąpił Dominique Pinon.

"Amelia" - film kultowy

"Amelia"Jeunet nie zdecydował się pozostać w Hollywood, co w świetle późniejszego sukcesu "Amelii" było dobrą decyzją. W USA zostałby zapewne jednym z reżyserów-rzemieślników, realizujących komercyjne filmy na zamówienie dużych wytwórni (tak skończyli m.in. Niemiec Wolfgang Petersen i Nowozelandczyk Lee Tamahori). We Francji mógł pozostać artystą. Bo "Amelia" - przy wszystkich swoich walorach czysto rozrywkowych - jest dziełem prawdziwego artysty.

Młoda, nieśmiała dziewczyna, w której samotnicze, pozbawione rówieśników dzieciństwo wyrobiło zmysł fantazji, mieszka na paryskim Montmartrze, pracując jako kelnerka w kafejce. Jej tryb życia jest uregulowany: rano zachodzi do sklepu, potem obsługuje klientów kawiarni (niezła menażeria), po pracy wstępuje do swojego sąsiada, cierpiącego na rzadką chorobę kości malarza, w weekendy odwiedza owdowiałego, zdziwaczałego ojca. Nie ma w tym rozkładzie zajęć miejsca na mężczyznę. Pewnego dnia za ścianą łazienki w swoim skromnym paryskim mieszkanku znajduje pudełeczko z dziecięcymi skarbami należącymi do poprzedniego właściciela mieszkania i postanawia go odszukać. Jej wysiłki zostają uwieńczone powodzeniem, a obdarowany anonimowo pamiątką z przeszłości mężczyzna radykalnie odmienia swoje życie. To doświadczenie przekonuje Amelię, że nawet drobne uczynki mogą korzystnie wpływać na kształt ludzkiej egzystencji. Zachęcona nim rozpoczyna dobroczynną akcję: karze właściciela sklepu za upokarzanie swojego pomocnika, kojarzy hipochondryczną koleżankę z kawiarni ze spragnionym uczucia klientem, przywraca nieszczęśliwemu ojcu sens życia itd. Ale sama staje bezradna, gdy spotyka ekscentrycznego młodzieńca (Kassovitz), kolekcjonującego niewykorzystane zdjęcia z fotograficznych automatów... "Amelia" stała się przebojem kin na całym świecie. Ogromny ładunek pozytywnego spojrzenia na świat i ludzi jest rzadkością we współczesnym kinie. Nie znaczy to, że brakuje nam komedii; czym innym jest jednak po prostu zabawny film, a czym innym film zmieniający spojrzenie widza na otaczający go świat. Bohaterka "Amelii" nie skupia się na własnych problemach - np. na samotności - ale próbuje uszczęśliwić ludzi naokoło. Nie chodzi o to, by naśladować ją dosłownie - nie znajdziemy przecież w dziurze w ścianie czyjegoś pudełka z pamiątkami z dzieciństwa. Ten obraz jest raczej czymś w rodzaju baśni - Paryż jest nierealnie piękny, postaci - dziwaczne. Kelnerka-hipochondryczka i jej ukochany, rodzice Amelii, jej ukochany, sklepikarz i jego pracownik, wreszcie sama Amelia - to postaci wzięte raczej z dziecięcego widzenia świata. Zarazem jednak nie ma tu zbyt daleko idących uproszczeń - mężczyzna, którego pamiątki Amelia odnalazła, jest pełnowymiarową postacią, choć pojawia się tylko na pięć minut. Scena, gdy w budce telefonicznej, nie dowierzając, otwiera stare pudełko po herbacie i płacze jak dziecko. To jedna z najpiękniej zagranych scen w historii kina i chyba najbardziej sugestywny męski płacz, jaki kiedykolwiek widziałem na ekranie. W tych pięciu minutach jest wszystko - żal za dzieciństwem, które jest odległą przeszłością i do którego nie ma powrotu, całe późniejsze, nie zawsze szczęśliwe życie, pragnienie zmiany i świadomość zmarnowanego czasu. Jednocześnie nie jest to podane wprost - wielu spraw możemy się tylko domyślać. W "Amelii" nie ma też łatwego optymizmu. Koleżanka bohaterki z pracy znajdzie miłość - ale na krótko. Ojciec Amelii potrafił przełamać swoją samotność i marazm - ale klient z kafejki nie potrafił zwalczyć trawiącej go chorobliwej zazdrości o każdą kobietę, z którą się wiązał, i w końcu został sam. "Amelia" jest również pochwałą ekscentryczności - pokazuje, że nikt nie jest taki całkiem normalny i ma głęboko skrywane dziwne upodobania. Ale właśnie dzięki nim drugi człowiek jest interesujący.

Miłość i wojna

"Bardzo długie zaręczyny"Nakręcenie tak znakomitego, kultowego filmu jest dla wielu reżyserów, którym udało się tego dokonać, prawdziwym przekleństwem. Rzadko udaje się drugi raz wejść do tej samej rzeki i zrobić coś równie znakomitego. Doświadczył tego np. Peter Jackson, którego "King Kong" zaledwie przemknął przez ekrany - po "Władcy pierścieni" każdy chyba film tego reżysera będzie uważany za słabszy i porównywany. Po każdej kolejnej premierze recenzje będą zaczynały się tak samo: "Nowy film twórcy 'Władcy pierścieni' jest naprawdę interesujący, daleko mu jednak do najwybitniejszego dzieła tego reżysera…" A przecież, jak napisał Norwid, poetą się nie jest, poetą się bywa, i nie można od każdego wymagać, żeby zawsze był geniuszem. Powstanie wybitnego dzieła to w przypadku większości artystów wypadkowa wielu czynników, nad którymi często twórca nie ma kontroli. Bach i Mozart pisali same genialne utwory, ale nawet Vivaldi czy Haendel mieli lepsze i słabsze okresy.

Dlatego właśnie przy omawianiu "Bardzo długich zaręczyn" ("Un long dimanche de fiançailles", 2004) najlepiej uwolnić się od jakichkolwiek skojarzeń z "Amelią". Jest to bardzo interesujący film, ale nie ma większych szans w starciu z obiektem kultu tysięcy ludzi.

"Bardzo długie zaręczyny" to adaptacja powieści utalentowanego pisarza francuskiego Sebastiena Japrisota (znakomite kryminały "Przedział morderców" i "Kopciuszek w potrzasku"). Opowieść rozpoczyna się w roku 1917 na froncie I Wojny Światowej. Pięciu francuskich żołnierzy z rękoma związanymi za plecami zostaje pozostawionych na pewną śmierć na "ziemi niczyjej", linii przebiegającej pomiędzy francusko-niemieckim frontem. Mężczyźni zostali skazani na śmierć po tym, jak na jaw wyszło, iż planowali dezercję. Kilka dni później w okopie zostaje znalezionych pięć martwych ciał. Dwa lata później Mathilde Donnay otrzymuje tajemniczy list od umierającego mężczyzny, z którego wynika, że jej zabity rzekomo na froncie narzeczony żyje. Kobieta spotyka się z nadawcą listu - sierżantem Danielem Esperanzą i od niego dowiaduje się o losie, jaki rzekomo spotkał jej ukochanego (był on jednym z pięciu mężczyzn, którzy chcieli zdezerterować). Sierżant zaklina się jednak, że widział niedawno uznanego za martwego narzeczonego Mathildy. Kobieta rozpoczyna prywatne śledztwo, którego wyniki przekroczą jej najśmielsze oczekiwania... Film łączy w sobie melodramat i kino wojenne. Magii jest tu mniej, niż w "Amelii", trudno też mówić o baśniowości. Nie ma tu jednak realizmu niczym z "Szeregowca Ryana" - zdjęcia Bruno Delbonnela pokazują wojnę w zimnych szarościach, jednak raczej jako przygnębiający bezsens, niż krwawą jatkę. Najbardziej wstrząsający jest obraz młodych mężczyzn, często jeszcze chłopców, oderwanych od rodzin i traktowanych przez generałów jak mięso armatnie, nawóz dla historii. Teoretycznie bronią ojczyzny, lecz tak naprawdę ich śmierć nie ma tu, na polu bitwy czy tym bardziej w sztabie, dla nikogo znaczenia. Tym, co trzyma wielu z nich przy życiu jest poczucie, że gdzieś daleko stąd czeka na nich rodzina lub kochająca ich kobieta i że dla tych osób najważniejsze jest to, by wrócili cali i zdrowi. W późniejszych partiach filmu pojawiają się cieplejsze odcienie brązu i żółci, co nadaje obrazowi tonację sepii, niczym na starych fotografiach. Znakomicie wypada animacja komputerowa - nie służy wizualnej efektowności, ale pogłębieniu magiczności historii. To jeden z przykładów najbardziej twórczego wykorzystanie nowoczesnej techniki w filmach ostatniej dekady. "Bardzo długie zaręczyny" to przede wszystkim film o sile miłości - miłości nie jako wyłącznie uczucia, ale głębokiego wrośnięcia jednego człowieka w serce, duszę i psychikę drugiego. Dla Mathilde odnalezienie ukochanego jest kwestią życia lub śmierci, sensu jej własnego życia. Nie ma tu jednak ani trochę melodramatycznej ckliwości - jest opowieść zanurzona w konkretnych realiach, a zarazem ponadczasowa, o tym, co jest w życiu najważniejsze.

Obecnie Jeunet pracuje nad ekranizacją bestsellerowej powieści Yanna Martela "Życie Pi". Znów będzie magia - mówiące zwierzęta, tygrys-filozof imieniem Richard Parker, walka o przetrwanie na tratwie na wzbudzonym oceanie, a zarazem szukanie siebie. Jean-Pierre Jeunet z filmu na film zmienia styl, wciąż rozszerzając granice naszej wyobraźni. Jego opowieści to magia i baśnie dla dorosłych, dotykające kwestii najważniejszych - miłości i bliskości - bez infantylizowania i czułostkowości. Mam nadzieję, że uda mu się to i tym razem.

 

Ilustracje:
Do zilustrowania artykułu wykorzystano kadry z filmów Jeana-Pierre'a Jeuneta:
- "Amelia"
- "Delicatessen"
- "Miasto zaginionych dzieci"
- "Bardzo długe zaręczyny"

dodajdo.com Marek Misiak

 

PORTAL ISTNIEJE DZIĘKI:

Stowarzyszenie PONTIS

Copyright (C) 2006-2007 Stowarzyszenie PONTIS. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wykonanie serwisu: Grzegorz Gocel - egallo(at)pontis.org.pl, oprogramowanie: Joomla!